|
Wpisał Administrator
|
|
czwartek, 10. wrzesień 2009 21:04 |
|
 mieszkania komunalne bywają różne Z TVP Info dowiedzieliśmy się, że Ministerstwo Infrastruktury chce zmian w prawie dotyczącym budownictwa komunalnego. Resort planuje odzyskiwanie mieszkań komunalnych od ludzi o wysokich dochodach. Goszczący w TV minister Styczeń nie powiedział wprost, że w ten sposób odzyskane lokale miałyby zostać przekazane ludziom oczekującym w kolejce mieszkaniowej, ale takie wnioski z jego wypowiedzi wyciągnęła zapewne większość widzów. Mimo że minister nie powiedział jednoznacznie, że o to właśnie chodzi, na pierwszy rzut oka, pomysł taki wydaje się rozsądny. Czy taki jest? Diabeł, jak to zwykle bywa, tkwi w szczegółach. Warto więc zastanowić się nad szczegółami, które zdecydują o tym, jakie konsekwencje zmian poniosą obywatele. Po pierwsze wydaje się, że przepisy, dzięki którym bogaci ludzie nie mogą zajmować lokali komunalnych, już istnieją. Nie wolno przecież korzystać z mieszkania komunalnego, jeśli posiada się inne. Jeśli więc mowa o ludziach naprawdę zamożnych, to nietrudno sobie wyobrazić, iż skoro stać ich na kupno mieszkania o wyższym standardzie, wybiorą raczej willę z basenem albo lofty. W tej sytuacji, narzuca się pytanie: skoro ograniczenia już istnieją, po co tworzyć nowe? Jednak najważniejszym elementem w całej sprawie jest kryterium dochodowe. Dzisiaj od spełnienia tego warunku zależy czy zostanie się wpisanym do kolejki mieszkaniowej. Jutro może się okazać, że to samo kryterium posłuży ocenie, czy odebrać komuś mieszkanie, czy nie. Mimo, że bezpośrednio w Konstytucji RP zapisano, iż władze publiczne mają obowiązek dbać o zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych ludności, kryterium dochodowe gminy określają same. Dlatego wydziały lokalowe w Warszawie odmawiają wpisania na listę oczekujących osobom, które w żaden sposób nie są w stanie zaspokoić potrzeb mieszkaniowych na wolnym rynku. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że warszawskie normy nie biorą pod uwagę cen wynajmu mieszkań w zasobach prywatnych, czy wysokości dochodów niezbędnych do uzyskania kredytu na zakup mieszkania. Są ustalane w oparciu o wysokość najniższej emerytury. Jaki ta sytuacja ma wpływ na losy poszczególnych osób? Już dzisiaj istnieją ludzie, którzy utracili prawo najmu dotychczasowego mieszkania i nie mogą otrzymać lokalu socjalnego lub komunalnego, bo zarabiają za dużo. Za dużo może oznaczać 1300 złotych, czyli akurat tyle ile kosztuje wynajęcie kawalerki. Taka osoba, gdy wynajmie mieszkanie nie będzie miała co jeść. W tej sytuacji nie dostanie jednak zasiłku z pomocy społecznej. Tam przecież pomaga się biedniejszym, a kto jest biedniejszy określa kryterium dochodowe, tym razem z Ustawy o pomocy społecznej. Jeśli więc zarabiający 1300 złotych człowiek nie ma mieszkania komunalnego a chce jeść- musi się wyprowadzić do schroniska dla bezdomnych. Tam będzie musiał pracować na rzecz ośrodka w zamian za mieszkanie i wyżywienie. W ten sposób straci dotychczasową pracę, bo zabraknie mu na nią czasu. Dzięki kryteriom dochodowym i innym rozwiązaniom zawartym w różnych aktach prawnych wysiłki podejmowane na rzecz walki z wykluczeniem kończą się często efektem odwrotnym do zamierzonego. Nawet, jeśli kryteria zostałyby naprawione - co jest niemożliwe, bo wiązałoby się ze zwiększeniem monstrualnych już dzisiaj kolejek mieszkaniowych- to nadal istniałby problem z niestałością dochodów i zatrudnienia. W naszej rzeczywistości nie istnieje żadna gwarancja utrzymania dobrej pracy dłużej. Stąd wniosek, że natychmiast po wprowadzeniu tego prawa pojawiłyby się sytuacje, w których odebranie mieszkania rodzinie dzisiaj, w razie utraty dochodów jutro, powodowałoby bezdomność. Wtedy można by było wpisać tych ludzi na 500 miejsce w kolejce oczekujących na lokale komunalne i posłać do ośrodka dla bezdomnych. Nie sposób jednak byłoby przywrócić im mieszkanie. Kolejnym problemem jest to, czy rzeczywiście obowiązek przekazywania odzyskanych mieszkań potrzebującym zostanie w ustawie zapisany. Bez takich gwarancji nie można zaakceptować zmian. Skoro pan minister nie powiedział o tym wprost, a za to bardzo często wspominał, że rząd nie chce wchodzić w kompetencje samorządów, ludzie mogą się obawiać, że władza, jak to władza: chętnie zabierze, ale nie koniecznie potem da. Agata Nosal |
|
Kraków: Eksmisja do magazynu |
|
|
|
|
Wpisał Administrator
|
|
środa, 02. wrzesień 2009 11:28 |
 [2009-09-02 12:39:47]
Dziś rano działacze Federacji Anarchistycznej, Inicjatywy Pracowniczej i stowarzyszeń lokatorskich starali się uniemożliwić eksmisję lokatorki mieszkającej przy ul. Legionów Piłsudskiego w Krakowie. Dwadzieścia osób blokujących schody zostało z nich siłą usuniętych przez policję i przewiezionych na komisariat.
Ofiara eksmisji, Maria Michta zemdlała gdy wezwani przez komornika ludzie zaczęli wyważać drzwi. Konieczna była interwencja pogotowia.
W blokadzie eksmisji wzięło także udział ponad 20 działaczy krakowskich stowarzyszeń lokatorskich, którzy pikietowali przed domem, w którym odbywała się eksmisja.
Sprawą interesują się lokalne media. Został ona już wcześniej opisana m.in. przez "Gazetę Krakowską". Dzisiejsza eksmisja jest jedną z wielu jakie trwają od maja. Eksmisji dokonuje się do położonego za Nową Hutą magazynu przy ul. Ziemianek 1, który jak dowiedziała się eksmitowana lokatorka, nie spełnia wymogów budynku mieszkalnego. Do zdewastowanego magazynu wysyłała ludzi firma Krak-Consulting. Działała ona na zlecenie właścicieli nieruchomości, których obowiązkiem jest wskazanie lokali tymczasowych dla eksmitowanym lokatorów. Komornik, którego obowiązkiem jest sprawdzenie, w jakich warunkach będą mieszkać wykwaterowani, nie widzi problemu.
Aresztowani zostali przewiezieni do komisariatu na ul. Zamoyskiego 20/22. Pod budynkiem odbywa się pikieta solidarnościowa z zatrzymanymi.
Telefon na komisariat: (0-12)61-52-916 (0-12)615-22-36 Krakowskie środowiska lokatorskie apelują o dzwonienie i wyrażanie solidarności z zatrzymanymi.
Dzwonić można również do rzecznika prasowego Komendy Policji w Krakowie: (0-12)615-70-18 kom. 605-549-678
Piotr Ciszewski |
|
Zdemolował mieszkanie pod okiem policji i kazał się lokatorom wyprowadzi |
|
|
|
|
Wpisał Jacek Szydłowski
|
|
piątek, 17. lipiec 2009 05:16 |
Jacek Szydłowski Grupa osiłków wdarła się dziś do mieszkania rodziny z trójką dzieci. Wyłamali drzwi, wybili wszystkie szyby i wyrwali futryny okien. To właściciel kamienicy postanowił pozbyć się lokatorów. Policjanci nie reagowali. Mytykowie spędzili ostatnią noc bez okien i drzwi. Chcą się jak najszybciej wyprowadzić (Fot. Karol Zienkiewicz) – Mama mnie obudziła, mówiąc, że jacyś ludzie się do nas włamują – mówi 18-letni Marcin. – Po chwili drzwi się rozleciały i zobaczyłem kilku wielkich facetów z łomem. Krzyczeli, żeby się wynosić.
Tak zaczął się wtorkowy poranek u państwa Mytyków z ul. Bernardyńskiej w Lublinie. Od sześciu lat wynajmują tam niewielki lokal. Mieszkają z trzema synami, z których najmłodszy ma pięć lat.
– Był przerażony, zaniemówił i dostał gorączki – mówi Monika Mytyk. – Obcy ludzie demolowali mieszkanie. Stłukli szyby, powyrywali okna i drzwi. Kazali się wynieść do piątku.
W sobotę wygasła umowa na wynajem mieszkania. O tym, że nie zostanie przedłużona, rodzina dowiedziała się przed paroma tygodniami. Szukają nowego miejsca ale nie spodziewali się, że właściciel wyrzuci ich siłą.
Ten pojawił się w towarzystwie kilku pomocników. Na widok dziennikarza wpadł w furię i zaczął rzucać groźby. Zablokował wejście do kamienicy. Nie chciał odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wyrzuca lokatorów i siłą wdziera się do mieszkania.
Lokatorzy płacili czynsz i nie mają długów wobec kamienicznika. Wezwali policję, ale mundurowi postanowili się nie wtrącać. Przyjęli argumenty właściciela. Stwierdzili, że nie ma mowy o nielegalnej eksmisji, bo właściciel jedynie przygotowuje lokal do… wymiany stolarki okiennej.
– Naszym zdaniem policjanci dopuścili do przestępstwa – mówi Jarosław Niemiec z kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. – Nie można na własną rękę stanowić prawa i sięgać po przemoc. Złożymy w tej sprawie skargę do Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie i prokuratury.
Zdaniem policji, funkcjonariusze zrobili, co do nich należało. – Ustalili, jaka jest sytuacja i pouczyli obie strony – mówi podkomisarz Jacek Deptuś z lubelskiej policji. – Zainteresowani muszą załatwić ten spór na drodze cywilnej.
Prawnicy zgadzają się, że kamienicznik powinien najpierw iść do sądu. Przyznają jednak, że siłowe wejście do mieszkania, to najbardziej skuteczny sposób na pozbycie się lokatorów.
– Człowiek nie zachował się elegancko, ale miał do tego prawo – uważa Bartosz Głowacki, z kancelarii Lex Generis. – To jego lokal i po tym, jak wygasła umowa, może zrobić z nim co chce. Ale tych ludzi nie można wyrzucić na ulicę, zwłaszcza, że mają małoletnie dzieci.
Dla najmłodszego syna państwa Mytyków, wczorajszy dramat może mieć poważne konsekwencje.
– To był olbrzymi szok, który może skutkować długoletnią traumą – mówi dr Anna Siudem, psycholog z UMCS. – Mogą wystąpić zaburzenia fizjologiczne albo kłopoty w rozwoju emocjonalnym. (artykuł ukazał się w "Dzienniku Wschodnim" www.dziennikwschodni.pl )
|
|
EKSMITIERA PRZY FABRYCZNEJ |
|
|
|
|
Wpisał Administrator
|
|
środa, 27. maj 2009 10:51 |
|
fot. Krzysztof Ciemny
Ulica jak inne, Też ludzie tu mieszkają, Ludzie tacy jak ja, Inni nie zaglądają. Kazik Staszewski "Mój los"
Wygląda jak opuszczony budynek rejonu dróg, a wewnątrz mieszkają ludzie. To w czym mieszkają trudno jakoś nazwać. Nie są to na pewno mieszkania. Hotelowe pokoje też nie, bo w hotelowych pokojach są przynajmniej łazienki. Wygląda to raczej jak bursa lub internat urządzony w budynku przemysłowym. Pojedyncze izby wynajmowane na schadzki nazywa się garsonierami. Do takiej pojedynczej izby dla ludzi, którzy nie mają gdzie mieszkać, z eksmisji, jak ulał pasuje nazwa "eksmitiera". Tu trafiają ludzie za karę, że są biedni.
Żeby trafić na Fabryczną 4, trzeba trochę wyjechać za miasto. Niby Chełm, ale całkiem na odludziu. Wskazał nam to miejsce znajomy policjant, kiedy dowiedział się, że robimy reportaż o polskiej biedzie. Odczytujemy adres na tabliczce przyczepionej do budynku z białej cegły. Kiedyś w takich budynkach mieściły się biura firm drogowych i budowlanych. Nie ma trudności z zaparkowaniem na przyległym do budynku sporym placu, ogrodzonym siatką. Dla posiadaczy samochodów luksus, jakiego w centrum miasta nie zaznają, tylko że niewiele tu aut. Kilka wiekowych wozów i kilkadziesiąt miejsc parkingowych do wyboru. W obrębie ogrodzenia spora łączka, z której rozciąga się widok na kopalnię kredy i cementownię. Z zewnątrz całkiem znośnie. Ale idziemy dalej, bo słyszeliśmy co innego. Na sznurach, obok śmietnika pani Anna rozwiesza pranie. Zapytana, czy nas nie oprowadzi, odsyła do dozorcy. "Ja tu mieszkam od niedawna" - tłumaczy. Wchodzimy do przybudówki, która kiedyś była zapewne portiernią. Dozorca, nie jest rozmowny. "Co tu pokazywać, nie mam nic do pokazywania" - ucina sprawę i znika za drzwiami. Spacerujący po placu pan Marian, zgadza się pokazać nam budynek od wewnątrz. Już pierwsze wrażenia po wejściu do środka, sugerują że jest to raczej przytułek dla ubogich niż mieszkalny blok. Zapachy na klatce jeszcze da się znieść, ale przygnębiające wrażenie robi półmrok na korytarzach, ta unosząca się jeszcze aura siermiężnego biurowca peerelowskiej firmy, a przygnębieni i przygnębiający są tutaj przede wszystkim ludzie. Jakby tą aurą omamieni, smutni, nawet nie wściekli na swój los. Narzekają, bo narzekają, ale nie rwą się do walki. Dość spokojnie jak na te tematykę, relacjonują jak to w zeszłym roku, grupa bandytów uzbrojonych w bejsbolowe kije wdzierała się do mieszkań i zabierała, co kto miał cokolwiek wartego. Telewizory, odtwarzacze, komórki. Policja była wzywana, ale przyjechała po wszystkim. "Panowie, tutaj zadźgali nożem człowieka, chyba to było z rok temu" - mówi pan Marian - "Tu pod schodami znalazł go pies i zaczął szczekać, tu się takie rzeczy dzieją a policja prawie tu nie zagląda. Zazwyczaj przyjeżdżają jak już jest po wszystkim i nic im nie grozi. Tu grasują bezkarnie bandziory i terroryzują nas. Jesteśmy całkiem rzuceni na pastwę losu, bandziorów i szczurów ". "Szczurów tu jest pełno" - potwierdza pan Mieczysław - " Lęgną się w tym zasieku gdzie sąsiad ściąga wszelkie graty". Pan Mieczysław zabiera nas na obchód budynku. Zaprasza nas do swojego mieszkania. Jest takie jak wszystkie. Zwykły pokój, bez łazienki, wody, kuchni i instalacji wentylacyjnej. W tych warunkach tak jak inni lokatorzy musi gotować sobie na butli gazowej, chociaż grozi to zatruciem. " A jak inaczej, trzeba coś jeść, nie ma wyjścia" - pan Mieczysław rozwiewa nasze wątpliwości - "chodźcie to pokażę wam jakie mamy łazienki, jak mieszkają ludzie w piątkę w jednym pokoju, jakie są lokale w piwnicach" W łazience, a raczej byłej łaźni przemysłowej, brudno i obskurnie. Pan Mieczysław demonstruje swobodnie dyndającą rurę od ciepłej wody, gdyż ciepłej wody tu nie ma. Całe piętro korzysta z tej łazienki. Blaszane zlewy i kilka kabin prysznicowych plus zimna woda to cały sanitariat. O klozecie dyskretnie lepiej nie wspominać. Idziemy do pani Jolanty. Pani Jolanta mieszka w jednym pokoiku z czwórką dzieci. Ale mimo wszystko trochę różni się od sąsiadów. Widać w niej nerw, coś ja rwie do działania, mówi z takim zacięciem osoby, która się nie poddała. "Staram się żeby w tych slumsach jakoś żyć, jakiejś higieny trochę zachować, żeby dzieci były czyste i wyglądały jak ludzie, chociaż widzicie jak tu mamy, że prawie nie da się tu żyć" - zdecydowanie podkreśla słowa żywymi gestami i mimiką twarzy. Rozmawiamy na korytarzu. Za głową pani Jolanty, na ścianie, wyrwane gniazdko i gołe kable elektryczne. Nikt na to już nie zwraca uwagi. Był czas przywyknąć do gorszych rzeczy. Pani Anna, którą spotkaliśmy na podwórzu, zaprasza nas do swojej eksmitiery w piwnicy. Ciemno. "Całymi dniami muszę palić światło, tu słońce nie dochodzi" - wyjaśnia. I tak jak u wszystkich kuchnia gazowa i brak wentylacji. Wszyscy narzekają na to , że zostali wyrzuceni za miasto, zostawieni sami sobie i przestępcom na pożarcie. "Tutaj są pustostany. Zajmują je pijacy, kiedy już je zrujnują doszczętnie, przenoszą się do innych. Nikt tego nie pilnuje" - mówi pani Anna. Sama pani Anna utrzymuje wzorcowy wręcz porządek w swoim lokum, mimo że wydaje się niemożliwe, utrzymanie takich klitek w przyzwoitym stanie. Tak samo pani Jolanta, pan Mieczysław i pan Marian. "Musimy się starać przynajmniej udawać ze żyjemy jak ludzie, co robić, skoro ani urzędy ani policja się nami nie interesują" - a wyziera z tego zupełny brak zaufania do instytucji. Pytamy czy pisali, prosili, wnosili petycje. "I to ile razy, a z jakim skutkiem, sami widzicie". - odpowiadają. Uciekając już przed burzą do samochodu zaglądamy jeszcze pod śmietnik, gdzie lęgną się szczury. Rzeczywiście. Nory są. A szczury? Wyjdą później. Zawsze wychodzą.
Jarosław Niemiec
|
|
|