|

Piotr Krzyżaniak zatrudnia się w zielonogórskich hipermarketach, by robić rewolucję społeczną i wstrząsnąć pracownikami. Wyrzucają go regularnie. Właśnie przegrał proces. Proces przed zielonogórskim sądem trwał prawie rok. Piotr Krzyżaniak pozwał sklep Alma. Wyrzucili go z pracy, jak mówi za działalność związkową. Domagał się powrotu. Sąd uznał, że powinien starać się raczej o odszkodowanie. - Powrót to złe roszczenie - orzekł sędzia.
- Chcę wrócić i założyć związek. Przychodzą do mnie ludzie z tego sklepu, pytają, jak to zrobić beze mnie. Ale się boją. Szczerze mówię, jak to się może skończyć. Ale sprawiedliwość trzeba wywalczyć - opowiada.
Jak to się zaczęło?
- Zaraz - zastanawia się 21-letni długowłosy, blady chudzielec.
- Rok temu siedziałem na kasie w nowo otwartym Markecie Alma w galerii Focus. Ciepło, mniejszy ruch niż w hipermarkecie, na półkach luksusowe towary.
Przyszły do mnie kobiety, żeby coś zrobić z tymi drabinkami. W magazynie wysokie regały na trzy kondygnacje, a drabinki za krótkie, sięgają do drugiej. Kobieta się wspina i jak akrobata ściąga makaron. Ślizga się, za chwilę mogłaby spaść. Jak można tak traktować ludzi. Po kilku dniach idę do kadr. Na biurko kładę pismo o powstaniu komisji związku Inicjatywa Pracownicza. Żądam tablicy ogłoszeń. Szef nie chce przyjąć pisma, odmawia pokwitowania. Rzuca, że w Almie nigdy nie było związków. No to właśnie powstały. Wyrzucili mnie dzień później. Nie za związki, a za "rażące naruszenie obowiązków". Siedziałem na kasie i nie zauważyłem, że paczka z mielonym ma cenę jak za kości. Na mięsnym źle nakleili. Różnica na parę złotych. Mój błąd, ale nie zbrodnia. Nikt mnie nie bronił. Nawet ochroniarz, któremu pisałem pozew do sądu o zaległe nadgodziny.
Po pierwsze: szczują
Mam 16 lat. Mieszkam w starej kamienicy przy ul. Fabrycznej. Słucham Hendrixa, Zappy, Led Zeppelin. Ojciec technik radiolog, matka zagorzała chrześcijanka. Należy do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. Poglądy ojca niewyraziste. Za komuny chciał wstąpić do Solidarności, ale ją zdelegalizowali. Na tym się skończyła jego fascynacja związkami zawodowymi.
Co jeszcze o mnie, gram na gitarze. Próbowałem założyć jakąś kapelę. Nie wyszło.
Mam te 16 lat. Niby pasuję do plastyka na ul. Batorego. W klasie mnie nie rozumieją. Ja ich też. To mnie wykluczyli. Dziwak, osobnik niedojrzały, tak mówili. Stopnie słabe. Nadrabiałem z polskiego, historii sztuki. Rysowałem grecką architekturę, martwe natury. Nigdy portretów, ludzkich twarzy. Twarze mi nie leżą. Nie umiałbym naszkicować przyjaciela.
Wtedy pierwszy raz poszedłem do hipermarketu. Dorobić parę groszy. Dawali 4 zł za godzinę, teraz kasjer dostaje pod 8 zł. Z kolegą dostałem dodatkową fuchę. Ładowaliśmy puszki z napojami do automatu. Nagle kumpel przestał się odzywać. W końcu wydusił z siebie, że chcę mu tę robotę zabrać. Tak mu powiedziała szefowa. Wcześniej mówiła o dwóch stanowiskach. Idę i pytam, o co chodzi. Ona, że nic takiego, to taki chwyt marketingowy. Czyli normalne, dopuszczalne szczucie na siebie ludzi. Godność? A co to takiego? Musisz się godzić na kanty. Usłyszałem, że takie jest życie, innego nie ma, nie można za dużo chcieć. Tłumaczyłem to sobie - ty nic nie możesz chcieć. Bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Przecież to bez sensu. Normalnie niesprawiedliwe. Dali mi do zrozumienia, że tu się nie pyta. Odchodzę.
Gazeta Wyborcza Zielona Góra Kalina Stawiarz, Artur Łukasiewicz
|