Home Śladem naszych interwencji

Sonda

Europa socjalna czy liberalna?
 

Ostatnio dodane


Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates
Śladem naszych interwencji
Manifestacja rozbawiła prezydenta PDF Drukuj Email
Wpisał Patryk Świtek   
piątek, 30. lipiec 2010 13:59

 

Nie są warci żeby żyć?

Mieszkanie prawem, nie towarem – krzyczeli podczas piątkowej manifestacji lokatorzy z budynków socjalnych w Nowej Soli. W odpowiedzi prezydent Wadim Tyszkiewicz pomachał im z okna z uśmiechem.

W manifestacji wzięło udział trochę ponad 50 osób. Poprowadził ją Piotr Ikonowicz z KSS. Z mikrofonem w ręku wyrwał barierki, które oddzielały protestujących od magistratu i wbiegł z tłumem na schody przed Urzędem Miejskim, wykrzykując, że Tyszkiewicz przynosi hańbę miastu. Później każdy mógł publicznie wygłosić swój żal do prezydenta. Zbigniew Sandałowicz krzyczał, że jest inwalidą, który dostaje za niską rentę. – Mieszkam z dwiema córkami i żoną. Nikt z nas nie pracuje. Jedna z córek właśnie urodziła dziecko. Dostaję 600 zł renty. 220 zł płacę za mieszkanie, 100 zł za prąd, drugie tyle za gaz. Jak mam z tego wyżyć. Pan prezydent bierze 30 tys. zł na rękę i sobie żyje, ale nami się nie przejmuje – denerwował się Sandałowicz. Według niego politycy w Nowej Soli nie liczą się z głosem ludzi. Głos zabrała także Agnieszka Wyrzykowska, która przyszła manifestować z półtoraroczną Natalią bez nerki. Kobieta mieszka przy ul. Staszica. Starała się o mieszkanie, ale jak mówi, prezydent skreślił ją z listy. – Powiedział mi prosto w twarz, że mam iść mieszkać z dziećmi pod most. Czy to jest sprawiedliwe? Panie prezydencie prosimy na dół wypowiedzieć się. Chcemy się dowiedzieć, dlaczego traktuje pan ludzi jak śmieci? – mówiła Wyrzykowska. Z tłumu wyrwały się okrzyki - Boisz się? Choć tu do nas! Piotr Krzyżaniak z OZZ IP odczytał postulaty. – Żądamy zaprzestania wyprzedawania substancji mieszkaniowej prywatnym przedsiębiorcom, obniżki czynszów, remontów oraz umorzenia zadłużeń czynszowych lokatorom, którzy nie posiadają stałych dochodów.    

Cyniczny uśmiech prezydenta

W trakcie manifestacji Wadim Tyszkiewicz stał w oknie i z uśmiechem machał do tłumu.
- Powinniśmy zwrócić uwagę, że pan prezydent cynicznie się uśmiecha. Nie powinien tego robić, kiedy przemawia matka z niepełnosprawnymi dziećmi. Jeżeli to robi to oznacza, że jest kanalią – komentował Ikonowicz.
Zorganizowaną przez niego manifestację wspierały także mieszkanki Wałbrzycha. One również walczą z władzami, tyle że o niższe czynsze. Ikonowicz zabrał je do domu socjalnego przy ul. Wyspiańskiego, potocznie nazywanego w Nowej Soli „piekłem”.
- Jak zobaczyły, te dzieci, tę nędzę wołająca o pomstę do nieba, to się rozpłakały – opowiada. Według niego sytuacja w Nowej Soli jest podwójnie dramatyczna. -  Już trzy osoby umarły na gruźlicę z powodu złych warunków. Władza samorządowa łamie ustawy odbierając zasiłki na poczet czynszu. To jest sprzeczne z naszym ustawodawstwem. Nie może być samorząd republiką bananową, w której normy, które obowiązują w całym kraju są wyłączone. Dlatego przyszliśmy udzielić władzy samorządowej i prezydentowi lekcji demokracji i praworządności – mówił Ikonowicz.
Tyszkiewicz przyjął reprezentantów grupy zebranej pod urzędem. Udało się złożyć na jego biurku postulaty. Spotkanie zrelacjonował Krzyżaniak; – Usłyszeliśmy, że pan prezydent jest za tym, żeby wyrzucać ludzi na bruk i że pomagamy menelom – opowiada.  

Teatr uliczny z krewkim socjalistą
 Wadim Tyszkiewicz na swoim blogu nazwał manifestację „Teatrem ulicznym w socjalistycznym rytmie”. Ikonowicza nazwał „wojownikiem powrotu do komuny” oraz „krewkim socjalistą z Warszawy”, a jego zachowanie określił jako wyreżyserowane. Dalej napisał: „Stanąłem w oknie i pomachałem znajomym twarzom z poniedziałkowych spotkań z mieszkańcami. Kilka osób wykrzykując w moim kierunku  niecenzuralne słowa wystawiło mi środkowe palce. (…) Inny chwiejący się na nogach jegomość wymownie pokazał mi znak podcinanego gardła i zaczął wykrzykiwać: ile nakradłeś złodzieju?”. Tyszkiewicz zapowiedział, że swojej postawy nie zmieni, a wręcz przeciwnie, z jeszcze większą determinacją będzie walczył o „sprawiedliwość społeczną”. Nowosolan zapytał zaś: „Czy mam się bać poderżnięcia mi gardła za to, że stoję na straży interesów wszystkich mieszkańców Nowej Soli, a nie wąskiej grupy uważającej, że im się wszystko należy za darmo? Że nie pozwalam na patologie, że próbuję nie dopuścić do tego, żeby jedni żyli kosztem innych nie poczuwając się do obowiązku do czegokolwiek?”.

Liczby nie kłamią?
Jeszcze przed manifestacją, na konferencji prasowej Tyszkiewicz przytoczył cyfry przemawiające za twardą polityką wobec lokatorów z mieszkań socjalnych. Przy ul. Wyspiańskiego, gdzie mieszka 17 rodzin, czynszu nie płaci nikt, na ul. Staszica gdzie mieszkają 33 rodziny, czynsz płaci tylko jedna, przy ul. Wróblewskiego z 32 rodzin nie płaci 29. Ogółem w Nowej Soli na 133 rodziny płacenia czynszu unikają 103, co stanowi 78 proc. Magistrat przekonuje, że lokatorzy z budynków socjalnych dostają pomoc finansową z MOPS-u. Zasiłek stały - 444 zł, miesięczne dofinansowanie na obiady - 130 zł. Niemal każdej z rodzin przysługuje także dodatek mieszkaniowy, który w 100 proc. pokrywa czynsz. W latach 2003-2009 nakłady urzędu miasta na budynki socjalne wyniosły ponad 2 mln 840 tys. zł. Od 2003 roku powstało łącznie 97 nowych mieszkań przydzielonych oczekującym na liście. W ramach robót publicznych stworzono 807 miejsc pracy. MOPS tylko w 2009 roku wydał na pomoc potrzebującym kwotę 20 mln 461 tys. zł. „Wydawało mi się, że wielu ludziom pomogłem. Nikomu nie odmówiłem pomocy jeśli tylko byłem w stanie pomóc. Podjąłem też trudne decyzje. Ponad 4 mln zł przeznaczyłem na budowę nowych mieszkań socjalnych dla najbardziej potrzebujących, choć te pieniądze można było dołożyć do budowy choćby basenu krytego” – kończy wpis na swoim blogu Tyszkiewicz.

Ludziom trzeba pomagać
Szprotawa też nie ma basenu. Monika Stępień rzeczniczka tamtejszego magistratu mówi jednak, że są ważniejsze rzeczy. W maju miasto oddało do użytku pięć bloków socjalnych. W każdym po osiem mieszkań dwu i jedno pokojowych. Lokum znalazło tam 40 rodzin. Na inwestycję gmina z własnego budżetu wydała 3 mln 204 tys. zł. Sytuacja wielu ludzi, dla których je wybudowano wyglądała podobnie jak w Nowej Soli. Swoje miejsce znalazło tam m.in. pięcioro wychowanków domu dziecka, czy matka z dziećmi przeniesiona z budynku, który groził zawaleniem. Stępień opowiada, że burmistrzowi było wstyd mówić matce z trójką dzieci bez dachu nad głową, że nie ma dla niej mieszkania. To jednak nie koniec. Szprotawa we wrześniu odda kolejny budynek. Tym razem z mieszkaniami komunalnymi. Poszło na to z budżetu kolejne 798 tys. zł. Znajdą się w nim cztery mieszkania dla najbardziej potrzebujących. Kolejny budynek mieszkalny wyremontuje RTBS. Miasto zyska ponad 100 mieszkań. M. Stępień: – To są ludzie niezaradni życiowo, którym trzeba pomagać. Jeżeli nie zrobi tego gmina, to nikt tego nie zrobi – tłumaczy.

Nie stawiajmy na socjalnych krzyżyka

Prezydent Tyszkiewicz podzielił miasto na tych którzy płacą i na tych, którzy nie płacą. Z pewnością do wielu przemówi używając argumentu, że za 4 mln zł wydane na „meneli” mógłby postawić basen dla bardziej wartościowych mieszkańców Nowej Soli. Na socjalnych postawił krzyżyk. W piątek z okna Urzędu Miasta wysłał im wiadomość, że w Nowej Soli nie ma dla nich miejsca. Pewnie wielu go poprze. Nawet Ikonowicz w jednym przyznaje mu rację, że przywrócenie socjalnych społeczeństwu jest prawie niemożliwe. - To jednak nie znaczy, że można ich z niego wykluczyć. Przychodząc przed urząd, kierowało nami przekonanie, że nie można pogardzać innym człowiekiem. Nie zgadzamy się na filozofię władz, że niektórzy ludzie nie są warci żeby żyć i nie są warci złamanego grosza. Potrzebna jest im pomoc, a nie pogarda - dodaje. Pan prezydent zapomniał, że wśród płacących są też ci Nowosolanie, którzy uważają, że nie dla basenów wybiera się władzę. Oczekują od niej, że pomoże ludziom takim, którzy w piątek wyszli na ulicę. Czy do nich też pan prezydent się uśmiechał i machał z okna?   

 
POLOWANIE NA JELENIA PDF Drukuj Email
Wpisał Paweł Bolek   
piątek, 04. grudzień 2009 12:17

Historia Damiana z Dusznik Zdroju pokazuje, że w naszym kraju można spłacać kredyty, których się nie zaciągnęło, że można odziedziczyć spadek, który nie istnieje... pokazuje jednak też, że z bankiem można wygrać – znając swoje prawa.

Scena z hollywoodzkiego romansu. Do drzwi ubogiej rodziny z Detroit puka prawnik w garniturze Versace. W przyjemnych słowach informuje domowników o spadku pozostawionym przez bogatego stryja z Nowego Jorku. W zamian za usługę prawnik dostaje swoją działkę – jakieś 100 000 dolarów a uszczęśliwiona śmiercią krewnego rodzina wydając kilka milionów wchodzi w posiadanie sympatycznej rezydencji na Florydzie. Fabuła filmu opiera się na miłosnych perypetiach rozkapryszonej latorośli i małżeńskich  problemach przeżywających kryzys wieku średniego rodziców.
Scena z polskiej rzeczywistości. Do drzwi 22-letniego Damiana puka spocony listonosz. W oschły sposób każe pokwitować odbiór bankowych wezwań do zapłaty. Dodajmy, zapłaty za długi rzekomo zaciągnięte przez nieżyjącą od trzech lat babcię – alkoholiczkę. Banku nie interesuje, że Damian kredytów nie zaciągał, baaa nawet nie miał pojęcia o ich istnieniu.  Po zapiciu się na śmierć trzech członków rodziny, wyszedł na prostą, podjął pracę, pospłacał zaległości czynszowe i rozpoczął remont mieszkania komunalnego. Dla dżentelmenów w białych kołnierzykach i garniturach Vistuli liczy się jednak fakt, że chłopak w swojej nieświadomości nie zrzekł się w ciągu pół roku od śmierci ostatniego spadkobiercy – matki alkoholiczki – pozostawionej przez przodków „fortuny”.  Bo i z czego miał rezygnować? Z zepsutej lodówki? Od lat niedziałającej pralki? Ilu z nas wie, że spadku tak czy owak musimy się zrzec? Że w ciągu sześciu miesięcy powinniśmy w tej sprawie odwiedzić notariusza i złożyć stosowne oświadczenie? No i kto o tym myśli w chwili śmierci bliskiej osoby? Myślą o tym bankowi windykatorzy. Za każdego upolowanego „jelenia” dostaną działkę w wysokości kilku tysięcy złotych. Od Damiana GE Money Bank zażądał kwoty 24 000 zł naliczonej na podstawie trzech zaciągniętych przez babcię kredytów.
Nikt w banku nie zadał sobie pytania jak to możliwe, że pijącej, starszej kobiecie ze skromnymi dochodami udzielono aż trzech pożyczek. I to biorąc pod uwagę fakt, iż żadna z nich nie była spłacana. Nikt nie pomyślał, że w okolicy nie ma ani jednej placówki GE Money a wyjazd trunkowej babci do Wrocławia w celu zaciągnięcia kredytu gotówkowego jest dosyć mało prawdopodobny. A co dopiero trzy wyjazdy pod rząd? Wniosek nasuwa się sam: babcia była tzw. „słupem”, a kredyty zostały wyłudzone na podstawie jej podpisu, złożonego najprawdopodobniej w zamian za przysłowiowy „kieliszek chleba. W zdewastowanym mieszkaniu kobieta nie pozostawiła po sobie nic co w jakikolwiek sposób mogłoby świadczyć, jakoby kiedykolwiek dysponowała gotówką większą niż skromna, regularnie przepijana emerytura. W powyższy proceder prawdopodobnie był zamieszany przedstawiciel banku, w przeciwnym razie nikt nigdy nie wyliczyłby babcinej zdolności kredytowej na 20 000 zł. Białych kołnierzyków to jednak nie obchodzi – liczy się kasa. Przecież niezależnie od  wszystkiego za „skórkę” ustrzelonego jelenia dostaną niemałą prowizję.  
Szukając wsparcia Damian trafił do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, która sprawę nagłośniła. Sytuacją duszniczanina zainteresowały się ogólnopolskie media, ludzkim głosem przemówiły uznane autorytety prawnicze. Wbrew „bankowym tytułom wykonawczym”, zastraszającemu tonowi listów i telefonicznym groźbom elokwentnych windykatorów okazało się, że kwestia długu wcale nie jest oczywista, a Damian płacić nie musi – wszystko jest przedawnione. O przedawnieniu z pewnością bank wiedział, ale cóż... klient się wystraszy i naiwnie spłaci cudze kredyty.
W obliczu medialnej kompromitacji GE Money Bank postanowił wysłać list, w którym oferuje umorzenie odsetek i części kapitału. Aby rozmyć sprawę, pismo zostało zaadresowane do... nieżyjącej od trzech lat babci. Korporacyjni piarowcy uznali, iż lepiej zrobić z siebie idiotę niż złodzieja. I choć dzięki odwadze cywilnej oraz wsparciu KSS Damian sprawę wygrał, pozostaje niesmak i pytanie – ilu ludzi w skali kraju co roku daje się nabijać w butelkę? Nasuwa się na myśl także pewna refleksja. Dlaczego ustawodawca chroni banki a nie obywateli? Przecież wystarczyłoby zobligować instytucje finansowe do informowania rodzin dłużników o ciążących na nich zobowiązaniach w terminie 6 miesięcy od daty śmierci kredytobiorcy. Byłoby o wiele uczciwiej. Niestety tam gdzie wchodzą w grę wielkie pieniądze słowo „uczciwość” brzmi dosyć egzotycznie.

Paweł Bolek


PS

Program telewizyjny „Ostatnia instancja”, w którym przedstawiona została sprawa Damiana Kudzbalskiego można obejrzeć na stronach internetowych Nowej Gazety Gmin (www.wolnyportal.com) w dziale „Filmy on-line” oraz w wyższej jakości na stronach portalu Alterkino (http://alterkino.org/ostatnia-instancja-bankowy-rozboj)
 
WALKA Z BARAKAMI PDF Drukuj Email
Wpisał Administrator   
czwartek, 26. marzec 2009 07:57

Tak wygląda rudera, w której w Mińsku muszą mieszkać ludzie. Na zdjęciu widac, że brakuje ściany. Burmistrz Grzesiak twierdzi, że można tam nadal mieszkać. Wystarczy trochę podeprzeć...

Na zdjęciach załączonych do ekspertyzy sądowej widać zacieki na suficie, grzyb pod wykładziną na podłodze, wklęsły dach i rozwalającą się podmurówkę. W takich barakach mieszka w Mińsku Mazowieckim kilkaset rodzin. Suchy dokument nie opisuje jak żyje się w takich warunkach. Jednak pod opisem widnieje podpis inżyniera, który jest biegłym sądowym. Ten fakt może wiele zmienić w sytuacji mieszkających w mińskich slumsach rodzin.

            Bezpośrednim skutkiem ekspertyzy jest postanowienie sądu, który uwzględnia skargę na komornika Mirosława Dziedzica i każe przywrócić Bogdana Wociala wraz z siedmioosobową rodziną do zajmowanego przed eksmisją lokalu w bloku przy ul. Mireckiego. Po raz pierwszy w Mińsku Mazowieckim zwyciężyło prawo, które na papierze istnieje przecież od dawna. Dotychczas jednak nie obowiązywało ono ani komornika, ani burmistrza i kolejne rodziny, podczas czterech kadencji rządów Grzesiaka, trafiały do 60-cio letnich domków z drewna i dykty.

Zmieniony ( piątek, 27. marzec 2009 18:31 )
Więcej…
 
Wesele i pogrzeb PDF Drukuj Email
Wpisał Administrator   
czwartek, 12. luty 2009 18:39

 

         Luba przyjechała do Polski, bo jej rodzina na Ukrainie nie miała z czego żyć. Kiedy skończyła się jej wiza nie mogła wyjechać, ponieważ straciłaby pracę, dzięki której jej dzieci miały co jeść.
        Mariusza spotkała przed rokiem. Pokochali się od pierwszego wejrzenia. Niestety od samego początku nad ich związkiem wisiała groźba nagłego rozstania. Wciąż obawiali się, że polskie państwo deportuje Lubę na Ukrainę bez prawa powrotu. Cudzoziemiec, który przekroczy czas pobytu w Polsce zostaje wpisany przez władze na czarną listę. Potem ci z listy nie mogą już otrzymać wizy. Dlatego Luba i Mariusz musieli uważać na kontrole dokumentów i unikać Policji.
    Oboje ciężko pracowali. Mariusz przeciętnie po 12 godzin na budowie, Luba przy sprzątaniu po remontach. Po pracy spotykali się w Centrum i szli razem do następnej roboty, by po dobrej cenie wysprzątać 2 piętra jakiegoś biurowca.
     W młodości Luba była dobrze zapowiadającą się śpiewaczką. Podziwiano jej talent i wydawało się, że zawojuje cały świat. Wzięła udział w koncercie na świeżym powietrzu. Na mrozie dorobiła się zapalenia strun głosowych i już na zawsze utraciła głos.
      Mariusz nie zaznał szczęścia w poprzednim związku. Po rozwodzie prowadził bar w Warszawie. Jako młody człowiek, poprzez znajomości z baru, wplątał się w towarzystwo ludzi z mafii. Gdy stało się jasne, kim są kompani, z którymi dotąd się tak dobrze bawił nie wydając ani grosza, Mariusz zrozumiał, że właśnie nadszedł czas zapłaty. Ale postanowił nie dać się, wyjść z tego za wszelką cenę. Zamieszkał na ulicy i upijał się do nieprzytomności. Wiele razy go pobito. Potem koledzy z mafii zostawili go w spokoju. Uznali, że wciąż pijany na nic im się już nie przyda, ani w żadnym stopniu nie jest w stanie im zagrozić. I tak Mariusz odzyskał swoje życie.
       Kiedy spotkał Lubę pracował jako brygadzista na budowie. Nie miał umowy o pracę. Pracował znacznie dłużej niż stanowią zawarte w kodeksie pracy normy. W kilka miesięcy potem, okazało się, że jego organizm nie nadawał się do tak ciężkiej pracy.
        Ale Luba i Mariusz musieli harować. Musieli wynajmować mieszkanie, za które na wolnym rynku trzeba było słono płacić. W razie utraty pracy, w dobie zbliżającego się kryzysu, wciąż byli zagrożeni popadnięciem w bezdomność.
    Chcieli się pobrać. Jednak w urzędzie stanu cywilnego wymagano dokumentu z Ukrainy, który miał potwierdzić, że panna młoda jest wolna. Zwrócili się do ambasady z prośbą o wydanie dokumentu. Okazało się, że ambasada chętnie pomoże, ale tylko w wypadku, gdy Luba wykaże, że jest zameldowana w Polsce. Inaczej musi jechać do domu i tam będzie mogła zaświadczenie odebrać osobiście. Luba nie miała już wizy, a w Polsce takich bez wizy wpisują na czarna listę. Wyjazd oznaczał wielomiesięczne rozstanie.
      Wszędzie szukali pomocy, jednak wydawało się, że prawo człowieka do zawarcia małżeństwa w tym i podobnych przypadkach jest czystą fikcją. Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej zwróciła się do Adama Gierka z Unii Pracy, z prośbą, aby jako poseł europejski napisał list do urzędnika ambasady Ukrainy. Odbyło się wiele spotkań z udziałem Piotra Ikonowicza, pełnomocnika Luby z ramienia Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej i Mateusza Piskorskiego, polityka Samoobrony, którzy przekonywali urzędników ambasady, że Ukraina, która jest członkiem Rady Europy, powinna starać się zagwarantować prawo do zawarcia małżeństwa swoim obywatelom, także poza granicami kraju. W końcu udało się. Luba i Mariusz wzięli ślub.
     Młodzi byli szczęśliwi, kochali się mimo przeciwności losu. Jednak szczęście nie trwało długo. Po upływie kilku tygodni, pracujący bez ubezpieczenia, chory, pozbawiony opieki medycznej i wycieńczony pracą fizyczną ponad siły Mariusz, prosto z budowy trafił do szpitala. Wkrótce zmarł.
        Wezwana do szpitala wdowa dowiedziała się, że każda doba pobytu jej męża na oddziale kosztowała 3 i pół tysiąca złotych, do czego należy doliczyć koszt operacji i wiele innych rachunków, którymi szpital zamierza ją obciążyć. Luba nigdy jeszcze nie widziała takich pieniędzy. Skąd miałaby je zdobyć?
        Po rozmowie w szpitalu wdowa podjęła rozmowy z księdzem i zakładem pogrzebowym. Chciała pochować męża w zgodzie z jego wiarą. Kiedy Mariusz umierał miał zawieszony na piersi krzyż. Luba sądziła, że sprawa jest oczywista. Ksiądz oświadczył, że nie odprawi mszy, jeśli nie dostanie zaświadczenia z parafii Mariusza, że mąż Luby był katolikiem. Ksiądz z parafii obiecywał, że zaświadczy, ale wraz z upływem czasu stawało się jasne, że wdowa nie doczeka się od księdza realizacji obietnicy, którą jej złożył. Kobieta z zakładu pogrzebowego krzyczała na Lubę od początku. Może nie lubi Ukraińców? Zakład zapowiedział: żadnej mszy nie będzie. Nie będzie, bo za długo Luba nie przynosi zaświadczenia od księdza. Rozzłoszczona pracownica zakładu pogrzebowego natarczywie podkreślała odmienność sytuacji Luby, która polegała na tym, że to pomoc społeczna, a nie rodzina, opłaciła pogrzeb. Następnie odkładała słuchawkę. Potem, kiedy zrozpaczona wdowa dzwoniła do niej, próbując zmieć tą okrutną decyzję, tamta konsekwentnie odmawiała rozmowy. W pomocy społecznej odnalazł się zaprzyjaźniony pracownik socjalny. Luba dowiedziała się, że każdy człowiek ma prawo do pochówku w zgodzie z własną wiarą. Pracownicy z ośrodka, który opłacił pogrzeb, uświadomili zakładowi, że tym razem numer nie przejdzie.
     Tymczasem odnalazł się świadek, który potrafił dowieść ponad wszelką wątpliwość, że Mariusz był praktykujący. Zaprzyjaźnieni z działaczami kancelarii dziennikarze z Katolickiej Agencji Informacyjnej zorganizowali akcję dzwonienia do biskupów. Gdzieś na wysokim szczeblu kościelni hierarchowie ustalili, że tak być nie może. Znalazł się ksiądz z parafii w pobliżu cmentarza, który zgodził się odprawić mszę. Ksiądz opowiedział, że takie historie powtarzają się często, bo zakład pogrzebowy woli chować bez mszy, ponieważ tak jest szybciej i więcej można zarobić. Pogrzeb Mariusza wraz z mszą odbył się w zaplanowanym czasie.
      Luba dobrze mówi po polsku, więc nie potrafi zrozumieć, dlaczego wielokrotnie proszono ją, aby w jej sprawie zadzwonił ktoś, kto mówi po polsku.
           Mariusz był członkiem Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, do której zapisał się zaraz po ślubie. Marzył, że kiedyś zbuduje dla siebie i innych mieszkania socjalne, żeby ludzie tacy jak on nie musieli obawiać się bezdomności. Chciał, żeby powstała spółdzielnia pracy. Wierzył, że dzięki wyeliminowaniu pośredników i nadzorujących wydajność pracy szefów, ludzie mogliby godnie zarabiać i mieć czas na własne życie.


Agata Nosal

 

 
160 tysięcy zł. czynszu PDF Drukuj Email
Wpisał Paweł Bolek   
wtorek, 16. wrzesień 2008 18:14

Czy można bezkarnie w niejasnych okolicznościach odebrać ludziom dorobek życia i dodatkowo obciążyć ich rachunkiem opiewającym na 160 000 zł? W Polsce –niestety tak.

Historię państwa Kucharzyszynów z Kudowy Zdroju opisywałem kilka miesięcy temu w artykule, "Bandycka eksmisja na bruk", niestety od czasu ukazania się tekstu położenie rodziny uległo zmianie… na gorsze.Przypomnijmy. Pięć lat temu Pan Zbigniew Kucharzyszyn prowadził w Kudowie mały zakład naprawczy sprzętu RTV. Interes szedł słabo toteż p. Zbyszek popadł w problemy finansowe, które pociągnęły za sobą zadłużenie względem MZUPu za wynajem lokalu na kwotę ok. 20 000 zł.
Funkcję radcy prawnego Miejskiego Zakładu Użyteczności Publicznej pełnił wówczas Czesław Zborowski –ojciec zatrudnionego w kłodzkiej kancelarii komorniczej Krzysztofa Zborowskiego.
Sędziwy mecenas nadał tempo egzekucji długu, kierując sprawę do komornika (pracodawcy własnego syna), który to zlecił wycenę budynku. Magicznym sposobem szeregówka państwa Kucharzyszynów została wyceniona przez biegłego na śmiesznie niską kwotę 134 100 zł. Jak się okazało w wycenie nieruchomości nie wzięto pod uwagę jednej kondygnacji budynku oraz przylegającej do niego dużej działki (691 m2).
Następnie komornik przystąpił do licytacji nieruchomości. Po odwiedzeniu przez Zborowskiego – seniora - potencjalnych kupców do licytacji stanął jedynie... zatrudniony w prowadzącej sprawę kancelarii komorniczej syn Czesława – Krzysztof Zborowski. Koniec końców, nabył on dom wraz z działką za kwotę o 20% niższą od wyceny biegłego, tzn. za 105 000 zł. Od początku p. Krzysztof rozpoczął starania o wyeksmitowanie rodziny Kucharzyszynów z domu przy ul. Turystycznej - bez skutku. Do dnia dzisiejszego od eksmisji po zapoznaniu się na miejscu z dokumentami odstąpiło już pięciu komorników. Ostatni z nich został nawet zaskarżony przez Zborowskiego do sądu, który po zapoznaniu się ze sprawą… skargę oddalił. Pan Krzysztof jednak okazał się twardy jak stal i na przekór przeciwnościom losu postanowił podstępem wykurzyć Kucharzyszynów, jednocześnie zapewniając sobie środki na przebudowę budynku. W połowie sierpnia br. roku do wszystkich czterech osób zamieszkujących w szeregówce przy ul. Turystycznej 7 listem poleconym dotarło przedsądowe wezwanie do zapłaty od p. Krzysztofa. W zdecydowanym tonie domaga się on w ciągu 30 dni od każdego z lokatorów zapłaty kwoty 38 000 zł powiększonej o odsetki tytułem "odszkodowania oraz wynagrodzenia" za korzystanie z lokalu. Sumka 38 000 ma wynikać z liczby miesięcy (1.02.2007 – 31.08.2008) pomnożonej przez kwotę 2 000 zł. Łącznie rodzina ma zapłacić Zborowskiemu "czynsz" w wysokości ok. 160 000 zł za zamieszkiwanie w wybudowanym przez siebie domu, który nowego nabywcę kosztował raptem… 105 000 zł. W wyżej wymienionym piśmie p. Krzysztof wspaniałomyślnie informuje lokatorów, że wyłożenie całej sumki w terminie jednego miesiąca ustrzeże ich od dodatkowych kosztów sądowych. Jakby nie patrzeć – cudowny człowiek o wielkim sercu. Aby Kucharzyszynowie nie mieli wątpliwości, że ich pieniądze nie pójdą na marne, w ostatnich dniach Zborowski przywiesił na drzwiach garażu tablicę informującą, że wstęp jest wzbroniony, bo… to teren budowy. Gdyby za postępowaniem nabywcy budynku nie stała ludzka tragedia, całą tę sytuację można by było zakwalifikować jako komiczną. Niestety takie absurdy mogą mieć miejsce jedynie w naszym kraju.

 

Paweł Bolek

Zmieniony ( wtorek, 16. wrzesień 2008 18:16 )