| Relanium dobre na Kaufland? |
|
| Wpisał Administrator | |
| piątek, 28. maj 2010 12:54 | |
|
– W grudniu zeszłego roku było zebranie kasjerek – opowiada Ania Radomska – na którym kierowniczka, Katarzyna Wanke, z góry oświadczyła, że zostanie zwolnionych sześć osób za L4. Słyszały to wszystkie kasjerki, które tam były. Wymieniła sześć osób, które najczęściej chorowały i stwierdziła, że te osoby są przewidziane w pierwszej kolejności do zwolnienia – mówi Ania, dodając, że jej nazwisko znalazło się wtedy na liście. To było ostrzeżenie. – Następne zebranie było takie – kontynuuje Ania Radomska – że pani kierownik, Katarzyna Wanke, kazała każdej kasjerce wziąć kartkę i długopis, i tak jak siedziały w kółeczku, patrząc każdej w oczy, powiedziała, że każda ma osobiście wytypować kilka koleżanek do zwolnienia. W marcu tego roku Ania Radomska zachorowała na zapalenie oskrzeli. Zaryzykowała, poszła do lekarza. Ten bez chwili namysłu wypisał jej zwolnienie. Po miesiącu dostała wypowiedzenie. Teraz jest bez pracy. Z sześciu dziewczyn, które znalazły się na grudniowej liście, trzy już nie pracują. Nie wiadomo, która będzie następna. W powietrzu stale wisi groźba trzech dalszych zwolnień. – Dziewczyny są tak zastraszone, znerwicowane, że boją się za siebie spojrzeć – opisuje atmosferę pracy w Kauflandzie Ania Radomska. – W ogóle nie ma mowy o pójściu na L4, choćby to wiązało się z gorączką, kaszlem, katarem. Dziewczyny śmieją się, że dobrze, że pod ręką jest apteka, bo takie wykupują ilości relanium – dodaje. Ania mówi, że regułą jest, że dziewczyny, które chorowały i wróciły z L4, od razu trafiają na kasę 11. Nasza rozmówczyni nie ma wątpliwości, że jest to rodzaj kary. „Jedenastka” to najbardziej oblegana kasa, z której praktycznie nie można zejść, jedyna gdzie klienci mogą zapłacić np. rachunek za prąd czy doładować telefon. „Nie widzisz co się dzieje, jakie są kolejki?” Inna rzecz, która była dla Ani nie do zniesienia, to brak możliwości wyjścia za potrzebą. A takie sytuacje się zdarzały ilekroć do wszystkich kas ustawiały się kolejki, czyli – co podkreśla Ania – często. Ania wyjaśnia, że kasjerki na swojej zmianie nie mają zmienniczek. Zatrudnienie dodatkowych osób zwiększyłoby przecież koszty, a koszty w Kauflandzie się tnie… – W okresie przedświątecznym wyglądało to tak, że na kasie siedziało się bez przerwy osiem godzin – przybliża Ania Radomska. – Gdy któraś chciała pójść do toalety, przybiegał ktoś z nadzoru kasowego z krzykiem: Gdzie idziesz, nie widzisz co się dzieje, jakie są kolejki? – Ania wspomina, że niektóre dziewczyny nie tego wytrzymywały: – Jesienią zeszłego roku na stoisku z alkoholem, gdzie też nie można zejść ze stanowiska, bo jest tylko jedna kasa, pewna starsza pani, kasjerka, z tego powodu, że nie mogła pójść do ubikacji, nagle poczuła się słabo, i zwymiotowała na klientów. Podpaść nietrudno Agnieszka Słowik także nie pracuje już w Kauflandzie. Wcześniej miała tam posadę biurową – na informacji, w Dziale Obsługi Klienta. Lubiła tę pracę i sama była lubiana przez przełożonych. Ale do czasu. Mówi, że podpadła z powodu opieki nad dziećmi, tak jak Ania Radomska. – Mam dwoje dzieci i znalazłam się w takiej sytuacji, że potrzebowałam dwóch dni opieki – opowiada Agnieszka. – Nie miałam z kim zostawić dzieci. I wtedy usłyszałam od kierowniczki, pani Katarzyny Wanke: Czy ty sobie zdajesz sprawę, że nie ma cię kto zastąpić? Znajdź sobie zastępstwo, i wrócimy do tematu. Odpowiedziałam, że to nie mój problem, że to nie ja jestem kierowniczką, i nie ja odpowiadam za organizację pracy. Rozmawiałam z kierowniczką w kasie głównej. Nie pozostawiła mi złudzeń. Powiedziała, że jeżeli wezmę te dwa dni opieki, to mogę już nie przychodzić do pracy. Powiedziała to przy wszystkich kasjerkach, które czekały na swoje kasetki – wspomina Agnieszka Słowik. Mimo to Agnieszka się nie ulękła. Gdy wróciła do pracy, okazało się, że od tej pory ma pracować tylko na kasie. Z grafiku wynikało, że dostała same tzw. środkowe godziny, szczególnie nie lubiane przez kasjerki. Poza tym, jak sama ocenia, doświadczała szykan ze strony przełożonych. Agnieszka Słowik uważa dziś, że to wszystko robiono rozmyślnie, by zmusić ją do odejścia. I to się udało – komentuje, pięć miesięcy temu złożyła wypowiedzenie. „Banda matołów” Agnieszka i Ania nie pracują już w Kauflandzie. Ale zostały tam ich koleżanki. Z nimi też rozmawiamy. I choć chcą zachować anonimowość, wszystko potwierdzają. Opowiadają, że problem dotyczy nie tylko kas, i że nie lepiej jest w innych działach, na przykład w dziale spożywczym. – Ostatnio gdy próbowałam wyjść z pracy po ośmiu godzinach – mówi jedna z naszych rozmówczyń – kierowniczka powiedziała mi, bardzo zdziwiona: To ty już wychodzisz? Przecież półki są puste! I ty to tak zostawiasz i idziesz? Inna dodaje: – Zgodnie z obowiązującymi normami, według Państwowej Inspekcji Pracy, mamy możliwość przeniesienia 80 kg w ciągu godziny. A my w ciągu dnia przerzucamy może z 10 ton. Cały czas od kierowniczki słyszy się: Szybciej, więcej, bo nie zdążycie, ruszcie się, bo nie będzie dalej pracować z matołami, i że ona ma już dość pracy z bandą matołów. „Sieciowcy” Z Agnieszką, Anią i z ich koleżankami, które nadal pracują w Kauflandzie rozmawialiśmy w jednej z bielskich kawiarni. Co ciekawe, dziewczyny nie były sfrustrowane. Jeżeli już, to raczej można mówić o gniewie. Poza tym są pogodne i często się śmieją. Mówią, że nie chcą tego tak zostawić. Niedawno głośno było w Polsce o Stowarzyszeniu „Sieciowcy”, utworzonym przez byłych i obecnych pracowników Kauflandu i innych sieci handlowych, którzy uważają, że ich skrzywdzono, i którzy postanowili się bronić razem. Dziewczyny nawiązały z nimi kontakt. My dotarliśmy do nich już za pośrednictwem „Sieciowców”. – Chodzi nam o pomoc nie tylko dla tych pracowników, którzy już nie pracują i mają jakieś roszczenia wobec Kauflandu, ale także o tych, którzy tam zostali, i dalej są traktowani jak śmiecie – mówi o celach „Sieciowców” Ania Radomska. Stowarzyszenie udziela jej wsparcia w sprawie sądowej, którą wytoczyła Kauflandowi w związku z niewypłaceniem dwumiesięcznej odprawy po rozwiązaniu umowy o pracę. – „Sieciowcy” powstali po to, żeby bronić takich ludzi jak my – dodaje obecna pracownica bielskiego Kauflandu – uciśnionych i zastraszonych. Nie tylko w Kauflandzie, wszędzie, we wszystkich sieciach handlowych, gdzie pracownicy padają ofiarą wyzysku i mobbingu. Na razie dziewczyny zaczynają się organizować. Później zamierzają rozwinąć działalność „Sieciowców” w Bielsku-Białej. – Można już się z nami skontaktować mailowo, wysyłając wiadomość na adres: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. Na pewno odpowiemy – zapewniają dziewczyny. Kaufland zaprzecza… W ubiegły wtorek zapytaliśmy dyrekcję bielskiego Kauflandu o zarzuty stawiane przez nasze rozmówczynie. Odpowiedź przyszła wczoraj wieczorem. Podpisał się pod nią Marcin Knapek, rzecznik prasowy Kaufland Polska Markety. A oto jej treść: „W wyniku Pana zapytania przeprowadziliśmy ze wszystkimi pracownikami działu kas rozmowy oraz ankietę prosząc o ustosunkowanie się do zarzutów zawartych w Pana zapytaniu. Żaden z zarzutów nie został potwierdzony przez któregokolwiek z dwudziestu dwóch pracowników. Na podstawie relacji pracowników sytuacja przedstawia się następująco: – nigdy nie padło stwierdzenie, że ktokolwiek zostanie zwolniony z powodu przebywania na zwolnieniu lekarskim, – nie jest prawdą, jakby ktokolwiek musiał wypisywać na kartce nazwiska osób przeznaczonych jego zdaniem do zwolnienia, – przełożona pani Anny Radomskiej nie groziła jej zwolnieniem z pracy z powodu skorzystania z urlopu, – nie jest prawdą, jakoby odmawiano pracownikom korzystania z toalet podobnie jak nigdy nie zdarzył się przypadek zasłabnięcia pracownika i wymiotów z powodu braku możliwości skorzystania z toalety, – kasa nr 11 jest taką samą kasą, jak inne kasy i praca na tym stanowisku nie jest bardziej uciążliwa, niż na innych tego rodzaju stanowiskach, – ani w trakcie kontroli Państwowej Agencji Pracy ani w trakcie kontroli wewnętrznych nie stwierdzono ani jednego przypadku dźwigania towarów cięższych, niż przewidują przepisy BHP, – nie jest prawdą, aby pani Katarzyna Wanke zwracała się do swoich podwładnych używając inwektyw, co potwierdziła kontrola Państwowej Agencji Pracy. Warunki pracy w bielskim markecie były szczegółowo badane w trakcie długotrwałej kontroli przeprowadzonej przez Państwową Agencję Pracy. Inspektorzy przeprowadzili nawet anonimową ankietę wśród pracowników dotyczącą między innymi warunków pracy, kontaktów interpersonalnych, stosowanej krytyki, mobbingu i molestowania. W wyniku kontroli nie stwierdzono żadnych zachowań opisanych przez Pana w zapytaniu prasowym”.
www.super-nowa.pl MIC | 28.05.2010 (1144)
|